Coolek

Tydzień czwarty

 

12.10.2012

 

Nad „ranem”(12-ta) wypiliśmy mate i wyszliśmy. Lisa udała się do szkoły, a ja postanowiłem zwiedzić miasto. Tak naprawdę, ograniczyłem się głównie do obejrzenia kilku ciekawych budynków i poszukiwania toalety.

Kiedy udało mi się już ją znaleźć, pojawiło się u mnie lekkie oburzenie. A to dlatego, że w Belgii trzeba płacić za WC nawet w Mc`donaldzie, co przy tamtejszych cenach i charakterze mojej wyprawy było nieco irytujące.

Za to szybko poprawiłem sobie humor zajrzeniem do sklepu z komiksami. Pisałem już, że ten kraj to Eldorado dla komiksiarzy? Jako młody chłopak marzyłem o pojechaniu tam właśnie z powodu zamiłowania do historii obrazkowych. Byłem(a może i nadal jestem) też fanem naszego polskiego rysownika, który zrobił w Belgii niemałą karierę – Grzegorza Rosińskiego.

Wobec tego nie zdziwiło mnie to, że w sklepie znalazłem „Szninkla”.

Brak zdziwienia nie umniejszył oczywiście mojej radości, więc po kryjomu zrobiłem zdjęcie.

Później odwiedziłem koleżankę Lisy i jej chłopaka. Młodych, ciągle upalonych ludzi o artystycznych zapędach. Więc jak pewnie się domyślacie, było miło.

Po tym wszystkim dołączyła do nas nasza wspólna znajoma wraz Flaurą, którą również poznałem na Ozorze(patrz: notka wyżej)

Mimo zacnego grona przemiłych ludzi nic szczególnego się nie działo, więc na tym skończę opis owego dnia.

 

13.10.2012

 

Znów wstaliśmy późno. Ja o 9, a dziewczyny około 12. Na szczęście udało mi się wykorzystać wolne godziny na uzupełnienie braków w dzienniku. Kiedy gospodynie już wstały, pobudziłem się kawą i papierosem(nie to żebym palił, ale czasem… dla przyjemności).

W międzyczasie Flaura przepytywała mnie trochę z tekstów po francusku, które wcześniej zapisała mi na kartce. Następnie ustaliliśmy trasę na Kortrijk.

Szczerze powiedziawszy, nie spieszyłem się z wyjściem. Było deszczowo i nieprzyjemnie, ale niestety nie mogłem zwlekać zbyt długo, bo moje znajome musiały wychodzić. Rozstałem się więc z nimi i wyruszyłem w dalszą trasę.

Padało i było zimno, więc nie posiadałem się z radości. Na szczęście po jakimś czasie się wypogodziło i bez żadnych ekscesów dotarłem do Kortrijk. Używałem przy tym głównie ścieżek rowerowych, które są rzadziej oznaczane niż w Niemczech.

Zanim jednak dotarłem do zaplanowanego miasta, minąłem dużą grupę policjantów zgromadzonych przy rzece. Podejrzewam, że ktoś w niej utonął.

Gdy już dobiłem do celu, tradycyjnie rozpocząłem poszukiwanie noclegu. Było późno i zbierało się na deszcz.

Jako pierwsze o pomoc spytałem dwóch kobiet, które oznajmiły, że nie mają ogrodu w którym mógłbym rozbić namiot. Następnie zagadałem do spacerowiczki z psem, ale i ona nie kwapiła się do tego, by mi bezpośrednio pomóc. Pokazała mi tylko palcem budynek gdzie są „bed’s and breakfast” i doradziła, bym tam przedstawił swoją sytuację.

Powiedziała też, że mogę się również udać na policję.

Wybrałem „bed’s and breakfast”.

Nieco zrezygnowany zadzwoniłem do drzwi, które otworzył facet na oko po 60-tce i powiedział, że nie ma łóżek. Ja jednak poprosiłem o pozwolenie na rozłożenie namiotu. Zgodził się bez mrugnięcia okiem. Za to zachowywał się dziwnie, bo ze dwa razy podczas naszej rozmowy pobiegł schodami na górę mówiąc przy tym, że mieszkają tu jacyś mężczyźni, którzy mówią po polsku.

Gospodarz był naprawdę zabawny i swoim stylem bycia kojarzył mi się z Jasiem Fasolą.

Nie było łatwo go zrozumieć, ale najważniejsze, że miałem kawałek ogrodu na tę noc.

Zaczął padać deszcz, więc przyspieszyłem ze swoimi działaniami. I przerwałem tak szybko, jak zacząłem, ponieważ przybyli polskojęzyczni osobnicy.

Roman wraz z Piterem nie mogli się nadziwić, gdy powiedziałem skąd jestem i jak podróżuję. Później ten pierwszy powiedział, żebym się nie wygłupiał z tym namiotem i że mogę spać u niego w pokoju. Z początku się opierałem bo nie chciałem sprawiać im kłopotu, ale gdy upewniłem się, że to nie problem, chętnie się zgodziłem. Swój ekwipunek zebrałem w ostatniej chwili, bo zaraz po tym na dobre się rozpadało.

Później wziąłem prysznic i poszedłem do nowych znajomych na piwo. Długo rozmawialiśmy i długo piliśmy, a przy tym poznałem też Linę(?), czyli trzeciego… Czecha.

Okazało się, że wszyscy wynajmują pokoje w pensjonacie u „Jasia Fasoli” i pracują fizycznie jako spawacze. Po polsku mówili zabawnie, ale nieźle, jak na ludzi uczących się języka od kolegów z budowy(chociaż, może tak jest najłatwiej).

Była wódka, piwo, mięso i rozmowy.

Nie obyło się oczywiście bez żartów językowych i różnic polsko-czeskich na tej płaszczyźnie. I tak oto dowiedziałem się, że „dziwka” albo „frajer” to nie są takie złe słowa.

Były też narzekania na muzułmanów. Znów usłyszałem nieprzyjemne historie z ich udziałem. Z tych najświeższych było morderstwo, jakiego dopuścili się na policjancie, który odsłonił twarz jednemu z nich.

I znów wódka, piwo i rozmowy…

Mięsa już nie było.

„Roman nigdy się tak nie upija” – oznajmił właściciel pensjonatu, z którym okazałem się najwytrwalszym biesiadowiczem.

Dzięki naszej pogawędce dowiedziałem się, że wesoły Czech 2-3 miesiące wcześniej stracił ojca.

Poza tym, w wieku 20 lat został wcielony do radzieckiej armii wraz Liną. Walka z bagnetem w dłoni robi swoje – kolejny dowód na to, że wojna jest fajna tylko w grach komputerowych.

Poszliśmy spać.

Ten wieczór mnie zmęczył. Ale nie na tyle, żeby zaśnięcie z chrapiącym weteranem po wódce w jednym pokoju było łatwe.

Więc znowu się nie wyspałem.

 

14.10.2012

 

Roman wstał ok. 9, a ja nieco później. Gospodarze zrobili śniadanie, a ja zaparzyłem mate, której spróbowali pierwszy raz.

Przygotowanie posiłku było dość czasochłonne, więc znów mieliśmy czas na rozmowy. Tym razem dowiedziałem się czegoś o właścicielu pensjonatu.

Podobno nigdy nie pracował, bo nie musiał. Ma dużo kasy, ponieważ jego ojciec posiadał dobrze prosperującą firmę. Nie ma kobiety, więc czas i pieniądze inwestuje w podróże. Brzmi niewiarygodnie, ale poprzedniego wieczoru on sam przyznał, że problemy finansowe dla niego nie istnieją.

Wyjechałem późno, bo o 12:50.

Z Romanem wymieniliśmy się kontaktami – obiecałem, że wyślę mu magnesy na lodówkę z Polski i Portugalii.

Udałem się w stronę Lille i nawet nie wiem kiedy przekroczyłem granicę z Francją. Tego kraju bałem się najbardziej, ponieważ wcześniej wiele nasłuchałem się o niechęci do angielskiego, jaką pałali mieszkańcy.

Nieco się zgubiłem i zjechałem z drogi którą miałem jechać.

Gdy wróciłem na swoją trasę moim oczom ukazał się rowerzysta z identyczną co moja, torbą.

Przyspieszyłem i dogoniwszy go zagadałem. Tym oto sposobem poznałem Kichae, czyli Koreańczyka jadącego na rowerze w tym samym kierunku co ja.

Celowo podróżowałem samotnie, ale opcja przebywania w czyimś towarzystwie kilka dni wydała mi się całkiem kusząca. Tym bardziej we Francji.

Złożyłem propozycję, która została szybko przyjęta. Świetnie! Może być ciekawie.

Kichae wcześniej zbytnio nie jeździł rowerem(nawet do sklepu po bułki), a swój ostatni jednoślad miał w dzieciństwie. Pierwszy raz też odwiedził Europę, a podróż zaczął w Londynie.

Żeby tu przyjechać, pracował w Australii 7 dni w tygodniu, po ponad 17 godzin dziennie w dwóch miejscach na zmianę. I tak przez 5 miesięcy. Kiedy miał czas na odpoczynek, czyli niedzielne poranki i środowe wieczory, grał w baseball. A do tego wszystkiego postanowił biegać, żeby mieć lepszą kondycję. Godne podziwu.

On również jechał do Lille, ale w przeciwieństwie do mnie miał gdzie spać, ponieważ był użytkownikiem portalu Warm Shower, podobnego w działaniu do Coach Surfing’u.

Zadzwonił do osoby u której miał nocować i spytał, czy może mnie przyprowadzić. Okazało się, że tak.

A czas, jaki pozostał nam na czekanie, umililiśmy sobie spożyciem butelki wina.

O 19-tej poszliśmy do Claire, która poczęstowała nas czymś do jedzenia. Miała na sobie koszulkę „Cirque du Soleil”, co od razu przykuło moją uwagę. Okazało się, że pracowała dla nich przy oświetleniu. Ten temat bardzo mnie ożywił, więc gadałem jak najęty, zanim nieco ochłonąłem.

Cyrk, o którym mowa, to największa na świecie firma rozrywkowa tego typu. W Polsce staje się popularna dopiero od niedawna, więc może nie każdy z Was wie, jak wyjątkowe i magiczne potrafią być ich przedstawienia.

Po jakimś czasie udaliśmy się we trójkę do kumpla Claire, czarnoskórego dźwiękowca pochodzącego z którejś z francuskich kolonii. Poczęstował nas świetnym piwem własnej roboty i dobrej jakości marihuaną.

Było sympatycznie.

A podczas drogi powrotnej zastanawiałem się, czy Claire jest tak naiwna, czy odważna, że swobodnie wpuszcza do swojego mieszkania dwóch obcych facetów(mowa tu o mnie i Koreańczyku).

Oby nigdy nie pożałowała tej postawy.

W mojej głowie szybko pojawił się ważniejszy problem – chrapanie Kichae.

 

15.10.2012

 

Wstaliśmy ok. 9, zrobiliśmy sobie kawę i gdy nasza francuska gospodyni wstała, pojechaliśmy w stronę Amiens.

Pomimo tego, że pogoda dopisywała, droga po jakimś czasie zrobiła się niebezpieczna. Co chwila śmigały obok nas pędzące samochody. Pod względem jakości dróg, ilości ścieżek rowerowych i kultury kierowców względem cyklistów Francję porównałbym do Polski.

Nagle zatrzymałem się przy zakręcie do jednej z wiosek w pobliżu Arres i spytałem Kichae, czy możemy tam zjechać w celu znalezienia noclegu. Z nim miałem taki komfort, że zgadzał się niemalże na wszystko co proponowałem, więc kilka chwil później byliśmy z dala od ruchliwej ulicy.

Mojemu kompanowi sprzedałem wcześniej mój sposób na noclegi, co było alternatywą dla Warm Shower.

Trochę jeździliśmy wśród domów, aż znów postanowiłem się zatrzymać, tym razem w celu znalezienia kartki z francuskimi zdaniami. Minęło kilka sekund i obok nas stanął samochód z którego wyjrzała kobieta w średnim wieku wraz z córką. Koreańczyk bez wahania spytał o nocleg mówiąc przy tym po angielsku. Pomyślałem, że zrobił to zbyt bezpośrednio, więc szybko wyjaśniłem naszą sytuację.

Tym oto sposobem, dzięki Kichae mieliśmy gdzie spać. Musieliśmy tylko poczekać, aż wróci nasza dobrodziejka.

Tak się złożyło, że mieliśmy akurat butelkę wina.

Po powrocie Isabelle, zaproponowała nam spanie w domu. – Nie protestowaliśmy.

Gdy przygotowywała kolację, przyszedł jej mąż Jean-Paul i ich druga córka, która po chwili poszła do swojego chłopaka. Szkoda… lubię towarzystwo ładnych dziewczyn.

Ale jej nieco młodsza siostra w niczym nie ustępowała urodą od starszej, więc nie było tak źle.

Za to prawie w ogóle się nie odzywała, podobnie jak jej ojciec. Chociaż on miał do tego powody, bo nie znał angielskiego.

Zjedliśmy, pożartowaliśmy i pogadaliśmy.

Isabelle jest nauczycielką francuskiego i baptystką. Jej mąż, to elektryk. Ona jest głośna i pozytywnie zwariowana, a on cichy, ale miły i ma dobre poczucie humoru.

Chace(anglojęzyczna wersja imienia Kichae) w podróży był krócej ode mnie, a mimo to wzbudzał większe zainteresowanie.

Coś we mnie zabulgotało… Dwa bąbelki – zazdrość i złość.

Z jednej strony wiedziałem, że to nie są dobre uczucia, ale z drugiej…

To dobrze, że na niego trafiłem. Prawdopodobnie nigdy nie poznałbym tej części siebie, gdyby nie on.

Ale niech tylko spróbuje chrapać…

Na szczęście dostaliśmy do dyspozycji osobne pokoje.

 

16.10.2012

 

Isabelle z córką wyszły wcześnie. Został tylko Jean-Paul, który obudził nas o 9.

Przygotował śniadanie(gofry, nutella itd.) oraz kawę.

Po posiłku zapisałem swój sen i spakowaliśmy się. Później Kichae, z pomocą swojego super-telefonu, napisał kartkę dla gospodarzy w ich własnym języku(mam nadzieję, że tłumacz działał poprawnie). Przed odjazdem zadzwoniła Isabelle, by nas pożegnać i życzyć udanej drogi.

Faktycznie, trasa była niezła, ale Kichae w moich oczach stawał się coraz bardziej irytujący.

Dlatego właśnie wolę podróżować sam, ktokolwiek by mi nie towarzyszył.

Chace tak naprawdę zachowywał się bardzo dobrze.

Ale mógł jechać nieco szybciej…

Coś mu nie pomogło to bieganie w Australii.

Jakoś doczłapaliśmy się do Amiens, a tam podziwialiśmy piękną katedrę.

Nasz następny postój był w miejscowości Dury.

Po dłuższym jeżdżeniu wśród bogatych domków natrafiliśmy na mieszkańca, który nieco mówił po angielsku, ale nie pozwolił nam na rozbicie namiotu w ogrodzie. W zamian za to pokazał miejsce publiczne w pobliżu domu jego znajomych. Nie było tak źle.

Na kolację puree ziemniaczane z torebki.

Kichae pokazał mi zdjęcia z Filipin, gdzie uczył się angielskiego oraz z Szanghaju, Tokio i Australii. Trochę zwiedził już w życiu.

A nie powiedziałem Wam, że jest w moim wieku i jest podobnego wzrostu.

W sumie 25 lat, to żadna ciekawostka, ale ponad 190cm w przypadku Azjaty – nietypowe jak na mój gust.

 

 

17.10.2012

 

Jakaś sowa i inne zwierzęta hałasowały na zewnątrz, więc wielokrotnie się budziłem.

Godzina 9-ta wydała m się najlepsza na zaczęcie kolejnego dnia. Wstałem i obudziłem Chace’a. Podczas pakowania przyszedł do nas mężczyzna mieszkający w domu obok i zaproponował kawę.

Gdy przyniósł ciepły napój, opowiedziałem mu nieco o naszej podróży. Niewiele, bo nie mówił po angielsku, ale coś zrozumiał.

Tak oto zaczął się jeden z cięższych i dziwniejszych dni podczas tej podróży. Szybko bowiem się rozpadało, a Kichae jechał wolniej niż zwykle. Byłem zły i mokry, a do tego przez wiele kilometrów nie było sklepu. W żadnej miejscowości… nic.

Po bardzo długim czasie znalazłem sklep, ale radość nie trwała zbyt długo, bo była tam tylko prasa i papierosy. Spytałem więc, gdzie można coś kupić.

Ta informacja była i tak zbędna, bo jak się okazało, w środy sklepy są we Francji nieczynne.

Była jednak nadzieja – wioska kilka kilometrów dalej. Pojechaliśmy we wskazanym kierunku i jedyne czynne miejsce na jakie trafiliśmy, to pub. Rozważałem opcję kupienia najtańszego piwa(2 euro za 250 ml) lub kanapki(11 euro).

Wybrałem to pierwsze.

Wreszcie posiedzieliśmy w cieple.

 

Nie trwało to długo bo okazało się, że zaraz zamykają.

Od jednego klienta, dowiedzieliśmy się, że o 16 otworzą miejscowy sklep, a pod kościołem jest daszek który uchroni nas przed deszczem.

Gdy usiedliśmy w nowym „lokalu”, ugotowałem wodę i zrobiliśmy sobie smakowite puree.

Kichae nie miał wody, kubka, ani gazu, ale jakoś sobie poradziliśmy. Nauczyłem się od niego nowej rzeczy, mianowicie jedzenia prosto z torebki. Gdy widziałem, jak mój kolega wlewa gorącą wodę do woreczka z proszkiem, pukałem się w głowę. Ale później przekonałem się do tego wygodnego patentu.

Na deser była czekolada, ale nadal byłem głodny, więc z niecierpliwością czekałem do 16-tej.

Gdy już wybiła upragniona godzina, poszliśmy na zakupy. Czułem się jak w amerykańskim thrillerze. Ludzie patrzyli na nas, wędrowców, dziwnie i podejrzliwie. Sprawiali wrażenie osób, które wiedzą O CZYMŚ i że gdybyśmy my też O TYM wiedzieli, to byśmy ominęli tę osobliwą miejscowość szerokim łukiem.

Ale nie wiedzieliśmy NIC, więc beztrosko poszliśmy do rzeźnika.

Na pytanie, czy mówi po angielsku zareagował śmiechem.

Sklep z pieczywem był po drugiej stronie ulicy, a ogólnospożywczy po tej, co rzeźnik. Więc trochę zajęło nam upolowanie bagietek, jakiegoś dziwnego mięsa w cieście i wina.

Zadowoleni wróciliśmy pod przykościelny daszek(czyli starą wiatę autobusową).

Jedząc rozmawialiśmy o życiu i dziewczynach. Ale chyba tym pierwszym nie zaprzątaliśmy sobie zbytnio głowy.

Zachciało mi się zapalić, więc wróciłem do „Centrum”, żeby kupić tytoń.

I mimo tego, że minęło dosłownie kilkanaście minut odkąd ostatni raz tam byłem, sklepy znów były zamknięte…

…a pub otwarty.

Chyba żadne miejsce tak mnie nie irytowało jak Noyers Saint-Martin.

Nie trudno się domyślić, że o legalnym noclegu mogliśmy tylko pomarzyć. Ludzie uciekali i zamykali przed nami drzwi.

Ale od czego są kościoły. Tam z pewnością nam by ktoś pomógł.

Gdyby ten ktoś był…

Zapukaliśmy do drzwi – nikt nie odpowiadał. Nieśmiało nacisnąłem na klamkę – było otwarte.

Weszliśmy do środka i zapaliło się światło na czujnik ruchu. Wszystko było na miejscu, nawet sprzęt do odprawiania mszy.

Wyszliśmy.

Stwierdziłem, że nie ma sensu zwracać na siebie uwagę i siedzieć w kościele w dzień. Postanowiliśmy wrócić tam po zmroku.

Siedząc pod wiatą zacząłem snuć opowieści o miasteczku zombi, w którym właśnie się znaleźliśmy.

A mieszkańcy tylko czekają, aż się ściemni i wejdziemy do kościoła, w którym odprawią czarną mszę z nami w roli głównej.

Żarty żartami, ale zapowiadała się niezła jatka.

Gdy było już, po cichu ulokowaliśmy się w świątyni z zamiarem spania na ławkach. Ale szybko pozycja siedząca wydała mi się zbyt niewygodna, więc rozłożyłem sobie karimatę i śpiwór w konfensjonałopodobnej przegródce.

Kichae chyba zbytnio przejął się moimi opowieściami, bo wolał siedzieć. Ja przynajmniej się wyspałem.

 

18.10.2012

 

Zombi nie było… podobnie jak czarnej mszy, wampirów czy wikariusza z policją.

Wstaliśmy przed 8 i wyszliśmy. Na przystanku czekaliśmy, aż się przejaśni(w środku było zimniej niż na zewnątrz).

Wtedy zauważyłem, że zgubiłem jeden ze swoich kolczyków. Musiał mi wypaść z ucha jak spałem. Przejrzałem śpiwór i wszystko co podejrzane, ale bez skutku. Do tego, na przystanku zaczęły się zbierać brzydkie i gadatliwe kobiety.

Trzeba było wrócić do kościoła.

Kichae pomagał mi w poszukiwaniach, ale bez skutku.

Gdy już straciłem nadzieję, na wycieraczce ujrzałem zagięty gwóźdź. Tak – to był mój kolczyk.

Teraz możemy jechać.

Chace jechał jeszcze wolniej. Wyraźnie dała mu się we znaki niemalże nieprzespana noc, a do tego wróciła mżawka.

Po długich zmaganiach znaleźliśmy się w Beauvois, gdzie niczym oaza ukazał się nam Inter Marche.

No to znowu – jedzenie, pisanie i gadanie.

Obok nas usiadła starsza pani. Zdawało mi się, że mówiła po polsku.

Zagadałem do niej i okazało się, że to słoweński. Ciekawe.

Gdy deszcz powoli się kończył, ruszyliśmy dalej. Był odcinek drogi, który przez dobrych kilka kilometrów wiódł pod górę, ale przynajmniej pogoda się poprawiła.

Pani na stacji benzynowej nie chciała dać mi gorącej wody. Nie będzie jerby.

Dojechaliśmy do miejscowości Chambly, w której przez długi czas nie mogliśmy znaleźć miejsca na nocleg. Ludzie byli mało otwarci i niezbyt pomocni.

Jednak po czasie trafiliśmy na faceta, który wydał się nieco bardziej przychylny. Pomimo to nie chciał nam udostępnić trawnika. Nie chcieliśmy wyjeżdżać za miasto, więc byliśmy uparci w prośbach, aż się zgodził.

Gdy już rozłożyliśmy namioty, tradycyjnie otworzyliśmy butelkę alkoholu. Stwierdziliśmy, że będąc we Francji i mając siebie nawzajem możemy pozwolić sobie na próbowanie okolicznych win. Oczywiście kupowaliśmy przy tym jedne z tańszych, ale i tak były dobre.

Podczas rozmowy Kichae opowiedział mi, że ma czarny pas w Taekwondo, ale w wieku 17 lat przestał trenować. Kiedy ja nie mogłem wyjść z podziwu, że w tak młodym wieku osiągnął najwyższy stopień, on powiedział, że w Korei nie jest to takie trudne.

W końcu jest to tradycyjna sztuka walki w jego kraju, ale i tak sądzę, że Chace mówił tak głównie przez swoją skromność.

Coolek

Tydzień trzeci

05.10.2012

Pomimo twardego podłoża spało mi się dobrze. Wziąłem prysznic oraz zjadłem śniadanie, a na drogę dostałem jabłka i wodę. Kilka pierwszych kilometrów gospodarz domu podprowadził mnie swoim rowerem, żeby nakierować mnie na właściwą drogę. Na pożegnanie dał mi 5 euro. Nalegał, żebym je przyjął, więc nie wypadało tego nie zrobić. Poza tym, akurat wtedy powoli zaczęły mi się kończyć pieniądze.

Dalej jechałem wzdłuż rzeki Ruhra. Po krótkim czasie zaczęło padać, ale pomimo wszystko nie zatrzymywałem się. Porządnie przez to zmokłem i w Mülheim zgubiłem drogę, trafiając do Oberhausen.

Kompletnie nie wiedząc co robić krążyłem po okolicy około dwóch godzin szukając schronienia i prosząc ludzi o pomoc. Niestety na nic się to nie zdało.

Kiedy już zrezygnowany i przemoknięty włóczyłem się po ciemnych ulicach miasta, kątem oka zobaczyłem plakat zespołu Kombii.

Obojętnie szedłem dalej, ale po kilku metrach coś mnie tknęło – przypomniałem sobie, że nie jestem w Polsce i rodzimy plakat w niemieckim mieście jest co najmniej podejrzany. Wróciłem się więc i przyjrzałem dokładniej miejscu, gdzie wisiał. Okazało się, że był to „Polski Sklep”.

Bez większego namysłu wszedłem do środka i niepewnie spytałem sprzedawczyni, czy jest Polką.

Po krótkim czasie zorientowałem się, że poza nią, również klienci i produkty pochodzą z mojego kraju. Nieco oszołomiony zacząłem przedstawiać swoją sytuację i spytałem, czy znają kogoś, kto mógłby mi pomóc.

Pani Jagoda(ekspedientka) zadzwoniła do siostry i pytała ludzi w sklepie, czy są w stanie załatwić mi nocleg, ale bezskutecznie. Później kazała mi poczekać, bo zaraz miał przyjść jakiś facet, żeby jej przy czymś pomóc. W międzyczasie jeden z klientów, sam z siebie wręczył mi 10 euro.

Po kilkunastu minutach przyszedł Jarek. Niski mężczyzna w średnim wieku i o zadziornym spojrzeniu. Pani Jagoda przedstawiła mu moją sytuację i spytała, czy mi pomoże. Tamten zaczął dzwonić po znajomych, ale żaden z nich nie był w stanie mnie przygarnąć.

Zapadła niezręczna cisza, którą Jarek szybko przerwał klepiąc mnie po ramieniu i mówiąc, żebym się nie martwił, będę spał u niego w mieszkaniu. Później doszedł Tomek który na wieść, że przyjechałem do nich rowerem, miał niezły ubaw nie dowierzając w moje słowa.

Następnie poszedłem z Jarkiem do niego, gdzie nieco się ogarnąłem i zostawiłem swoje rzeczy, po czym poszliśmy do „Pijalni Piwa”, w której poznałem więcej rodaków. Po butelce, czy dwóch, wybraliśmy się do tzw. „Mordowni” – czyli małego klubu, w którym wieczór bez awantur i bójek to wyjątek. Zdarzały się tam ponoć nawet strzelaniny. Tam akurat gośćmi byli nie tylko Polacy, ale również Turcy i ludzie innych narodowości.

Tym razem o dziwo nie wydarzyło się nic „gorącego”, więc po kolejnych dwóch, trzech piwach wyszliśmy.

Spać poszedłem po północy.

 

06.10.2012

 

Gdy wstaliśmy i wypiliśmy kawę, poszliśmy do „Sklepu Polskiego”, w którym zatrzymaliśmy się przed moim wyjazdem. Poza panią Jagodą, był tam jeszcze pan Marek – właściciel sklepu.

Jarek spytał go, czy da mi coś do jedzenia na ciepło przed moim odjazdem. Poczułem się z tym dość niezręcznie, ale słabo idzie mi odmawianie w tego typu sytuacjach, więc po chwili ekspedientka przyniosła mi kiełbaskę z bułką i owocową herbatą.

Siedzieliśmy z Jarkiem i jego znajomym, aż znowu rozpadał się deszcz. Mój wyjazd przez to się nie udał, bo kiedy chciałem ruszać Jarek zatrzymał mnie mówiąc, że mogę u niego jeszcze zostać póki deszcz nie ustanie.

Przebieg dnia podobny był do poprzedniego, przesiadywaliśmy w „Pijalni Piwa”, poszliśmy do Jarka i później wybraliśmy się znów do „Sklepu Polskiego”. Tam poznałem Kruszynę, który wraz z panem Markiem chętnie słuchał mojej historii i pomysłów na podróż oraz życie. Zadawali dużo pytań i swoją ciekawością wzmocnili moją motywację.

Później dołączył do nas Tomek, którego po wielu trudach udało się przekonać, że faktycznie wybieram się rowerem do Portugalii i tak samo dotarłem z Warszawy do Oberhausen.

Gdy wychodziliśmy Kruszyna dał mi 10 euro, a Tomek 5 euro.

Z Jarkiem znów zaszedłem do „Pijalni Piwa”, gdzie poznałem panią Teresę. Ona do mnie zagadała, bo już wcześniej o mnie słyszała. Przedstawiła mnie ludziom, którzy tam siedzieli i znów stałem się centrum zainteresowania.

Pani Teresa i jeden z siedzących tam piwoszy dali mi po 5 euro.

Po tylu datkach i takiej pomocy, jaką otrzymałem w Oberhausen, stereotyp o Polakach za granicą został poważnie nadszarpnięty. Byłem bardzo miło zaskoczony, ludzie sami z siebie chcieli pomóc mi w moim marzeniu i przyczynić się do jego realizacji. Sam Jarek goszcząc mnie dał mi do dyspozycji swój pokój, o czym dowiedziałem się dopiero drugiego dnia.

Po takich doświadczeniach trudno było nie myśleć, że to ludzie na mojej drodze spełniali moje marzenie bardziej, niż ja sam.

 

07-08.10.2012

Wstaliśmy późno, bo około 10-tej. Wypiliśmy kawę i zabraliśmy się do wyjścia. Ja wybrałem się do Venlo, a Jarek do „Gdańskiej” – polskiej restauracji. Na drogę dostałem od niego ćwiartkę kurczaka.

Jadąc na Venlo poznałem jakieś małżeństwo, które pomogło mi w znalezieniu drogi oraz poczęstowało mnie kawą i… chusteczkami, bo znów byłem lekko przeziębiony.

Niestety wyjeżdżali gdzieś, więc nie chcieli mnie ugościć w swoim ogrodzie. Wobec tego pojechałem dalej.

Po niedługim czasie przekroczyłem granicę z Holandią i znalazłem się w Venlo, które jest pięknym miastem. Jego mieszkańcy są bogaci, ale w przeciwieństwie do Niemców, nie są chętni do pomocy.

Noc tam musiałem spędzić koczując na ulicach i w parkach. W końcu „spałem” w krzakach, siedząc po turecku na wcześniej znalezionym i przytaszczonym fragmencie łóżka.

Ukryłem się w krzakach na terenie szkoły i jakoś przecierpiałem noc w zimie, wilgoci oraz niewygodzie.

Gdy zaczęło świtać odniosłem fragment łóżka na śmietnik i chciałem zrealizować największe na ten moment marzenie – ogrzać się w Mc` Donaldzie. Po dłuższych poszukiwaniach okazało się, że będzie otwarty o 9-tej. Nie opłacało mi się czekać na to kilku godzin, a siedzenie na ławce jeszcze bardziej mnie ochładzało. Jedyną opcją było rozgrzanie się na rowerze i jechanie dalej, w stronę Belgii.

Zziębnięty i głodny, opatulony jak na zimę, jechałem przed siebie mijając całe mnóstwo młodzieży jadącej rowerami do szkół.

Jedyne, co na daną chwilę poprawiało mi humor, to uroda Holenderek. Gdybym miał nocleg jak dotychczas miewałem, nie wyjechałbym tak wcześnie w trasę i ominęłaby mnie okazja dokonania powyższych obserwacji. No cóż – nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Tak poza tym, byłem zadowolony z tego, że spałem na ulicy również z tego powodu, że była to dla mnie kolejna przeciwność, którą pokonałem.

Niestety kolejny Mc` Donald, którego widziałem po drodze, miał być otwarty o 11-tej, więc uraczyłem się jedynie bardzo drogą(jak zresztą chyba wszystko w Holandii) kawą i ciastkiem w kawiarni.
Po kilku godzinach dojechałem do Belgii. Było około 13-tej, ale nieprzespana noc dawała się we znaki, więc postanowiłem poszukać noclegu.

Wtedy spotkałem się z ciekawą cechą Belgów. Mianowicie, są oni bardzo mili i teoretycznie chętni do pomocy. Teoretycznie, bo mówili mi coś w rodzaju:

-Chciałbym Ci pomóc, ale jak pojedziesz tam – wtedy wskazywali palcem w dowolnym kierunku – to z pewnością znajdziesz kogoś, kto Cię wesprze.

Dzięki takim oto „uprzejmościom” krążyłem po okolicy ze 2 godziny, aż włączyła mi się desperacja, która przypomniała mi o mojej niezastąpionej intuicji. Kierując się nią, skręcałem w uliczki jakbym był wiedziony drogowskazami.

Po krótkim czasie ujrzałem dwie krzątające się po ogrodzie kobiety. Nie mając nic do stracenia zagadałem do nich. Właścicielka domu zgodziła się na udzielenie mi pomocy bez problemu i pokazała miejsce pod wiatą na samochód.

Czułem się wtedy jakby dała mi co najmniej 20 euro, więc zadowolony prędko rozbiłem namiot.

Wcześniej, gdy pytałem kobiet o to czy rozmawiają po angielsku, w odpowiedzi usłyszałem „a little bit”. Piszę o tym, bo było to dla mnie jedno z najczęściej słyszanych odpowiedzi w trakcie mojej podróży, niemalże w każdym kraju w którym się znalazłem.

Kiedy mój namiot był już gotowy, zaproponowałem swoją pomoc w pracach ogrodowych. Efekt tego był taki, że pracowałem…Ale za to dostałem kawę i suchego gofra(który wbrew pozorom był smaczny).

Po sprzątaniu udałem się do namiotu i tam przysnąłem. Nie trwało to zbyt długo, bo obudziła mnie Joselbe – właścicielka.

Spytała, czy chcę coś zjeść. Oczywiście nie odmówiłem.

Posiłek zjedliśmy z Pascalem, jej synem. Kiedy już skończyliśmy, tamten poszedł do siebie, a Joselbe opowiadała mi o swoim hobby i pracy jednocześnie. Jest nimi piwo.

Okazało się, że pracuje w firmie browarniczej i przyniosła mi kilka butelek ich produkcji do spróbowania. Lepiej trafić nie mogłem, przecież to o Belgijskich piwach słyszałem tyle dobrego. Moja radość z przeciwności poprzedniej nocy dostała nowy bodziec wzrostu(w końcu gdyby nie one, to nie zdecydowałbym się zakończyć swojego dnia tak wcześnie).

Dużo nowego dowiedziałem się o złocistych napojach. Wiele też posmakowałem, więc łatwo się domyślić, że kolejne godziny przyprawiały mnie o rumieńce i lekkiego kręciołka w głowie.

Poza chmielowymi trunkami, moja rozmówczyni lubi również komiksy(to kolejna cecha Belgów – zamiłowanie do historii obrazkowych).

Nasza rozmowa trwała długo i poza tematami wesołymi zahaczyła również o te smutno-życiowe.

Dużo dało mi do myślenia to, co Joselbe mówiła o śmierci swojej matki, za którą się obwiniała i depresji z tym związanej oraz opuszczeniu przez męża. Wszystko to spowodowane było wypadkiem samochodowym. Na domiar złego dotknął ją również 4-letni paraliż.

Wszystko to potoczyło się u niej bardzo dziwnie, ponieważ matka Joselbe marzyła o tym, by tamta z pobytu w Niemczech zamieszkała z powrotem w Belgii. Po jej śmierci i przez tę śmierć, marzenie zostało spełnione.

Nasza rozmowa zainspirowała mnie do tego, żeby pokazać rysunek „Mój Magiczny Ogród”, który wykonałem tuż przed swoim wyjazdem i którego treść nawiązuje do poznawania samego siebie. Byłem ciekaw interpretacji, jakiej dokona doświadczona życiem i inteligentna osoba.

Powiedziała, że teraz jestem jak ten ślimak, który nosi swój dom na grzbiecie oraz jak jeż, który z jednej strony jest otwarty, gdy nie wyczuwa zagrożenia, lecz gdy napotyka niezbyt przyjaznych ludzi, zwija się w kulkę i odwraca do nich kolcami.

Bardzo przypadła mi do gustu ta interpretacja. Tym bardziej, iż kilka dni wcześniej sam rozmyślałem o tym, że te torby i namiot które wożę ze sobą, są moim domem.

Najwidoczniej Joselbe polubiła mnie, bo zaprosiła mnie do siebie na przyszły rok, powiedziała nawet, żebym zabrał ze sobą mamę. Takiej dobroci i otwartości można spodziewać się głównie od ludzi „po przejściach”, którzy dźwignęli się na nogi i idą przed siebie.

 

09.10.2012

Gdy wstałem, Joselbe z synem dawno już wyszli. Szybko się spakowałem i pojechałem szukać restauracji a’la Mc`donalds, ażeby załatwić swoje podstawowe potrzeby.

Po długim krążeniu po okolicy okazało się, że poszukiwania są daremne, wobec tego musiałem zadowolić się kanapką z jajecznicą oraz bekonem za 4 euro i 10 centów.

Później przekonałem się, że polskie drogi są na całkiem dobrym poziomie w porównaniu do Belgijskich, co można zobaczyć na powyższym zdjęciu.

Moim następnym celem była miejscowość Peer, następnie Leopoldsburg, Diest i wreszcie piękne Leuven z wyjątkowym, gotyckim ratuszem.

Następnie zacząłem kierować się na Brukselę, ale późna pora zatrzymała mnie przed nią. Udało mi się znaleźć osiedle mieszkaniowe, gdzie spytałem o pomoc jakiegoś starszego mężczyznę.

Powiedział, że nie może mi pomóc, ze względu na sąsiadów(zrozumiałem, że bał się ich opinii i dbał o swój „dobry” wizerunek).

Nieopodal ujrzałem wchodzących do domu ludzi, była to matka z córką. Zatrzymałem tę drugą i poprosiłem o udostępnienie kawałka ogrodu na noc. Jak się okazało, jej rodzice jedynie wynajmowali budynek, ale poszła spytać ich o zgodę.

Na szczęście wszystko potoczyło się właściwie i po chwili rozbijałem już namiot na miękkiej trawie.

Kiedy już byłem gotowy do wypoczynku, przyszła Sara(córka gospodarzy) i powiedziała, że jeśli czegoś potrzebuję, to żebym dał znać. Podziękowałem, zjadłem co nieco w namiocie i zapukałem do nich z prośbą o gorącą wodę.

Po dosyć krótkiej rozmowie, poszedłem spać do siebie.

 

10.10.2012 

Wstałem i wyjechałem późno bo wiedziałem, że od Brukseli dzieli mnie krótki dystans, a i tak chcę w niej zostać na noc. Po drodze musiałem pytać ludzi o drogę, ponieważ miałem problemy ze znalezieniem tras dla rowerów.

Dość szybko dojechałem na miejsce i gdy usiadłem na jednej z ławek ktoś spytał mnie, skąd jestem. Jednak nie nawiązała się między nami większa rozmowa.

Kiedy wsiadłem na rower i jechałem po ulicach miasta w poszukiwaniu centrum, minąłem jakiegoś chłopaka jadącego obok mnie, również na jednośladzie. Spytałem go po angielsku o drogę, a on po chwili rozmowy spytał mnie, czy mówię po polsku. Zdziwiony odpowiedziałem, że tak.

Tak oto poznałem Eliasza, pozytywnego Ukraińca, który świetnie mówi w naszym języku i w mig rozpoznał mój akcent. Co najlepsze, dzięki niemu miałem gdzie spać w „Stolicy Europy”. Ma on bowiem niewykończone mieszkanie, które użyczył mi na noc.

Zaprowadził mnie tam i gdy zostawiłem swoje rzeczy, zabrał mnie na kawę do jednego z lokali. Później rozstaliśmy się, umawiając wstępnie na wieczór. 

Wolny czas spędziłem na spacerowaniu po mieście. Niestety odczucia co do tego miejsca mam raczej negatywne. Jako „biały” byłem momentami w mniejszości i nie dało się odczuć przy tym nic pozytywnego. Bardzo duży chaos i wielokulturowość napawała mnie tam lekkim niepokojem.

Chcąc skorzystać z pralni publicznej, należącej do Arabów, musiałem rozmienić 50 euro w jakimś sklepie. Żadne z miejsc które w tym celu zwiedziłem nie należały do Belgów, ani nawet Europejczyków. Przy kilku nieudanych próbach rozmienienia banknotu, trafiłem do kawiarenki internetowej prowadzonej przez Hindusa. On w przeciwieństwie do muzułmanów i murzynów był miły i uśmiechnięty oraz pomógł mi.

Kolejną rzeczą która nie podobała mi się w Belgii to fakt, że trzeba tam płacić za toalety. Jest to szczególnie irytujące, kiedy każdy cent się liczy.

Później zajrzałem do sklepu rowerowego, gdzie szukałem nowych pedałów, bo moje zaczęły się niszczyć. Niestety ceny mnie powalały, więc pozostała mi rozmowa ze sprzedawcą. Kazał mi wrócić za 10 minut i gdy to zrobiłem, on dał mi dobry, lewy pedał do roweru, za darmo.

Po tym wszystkim poszedłem do mieszkania i usnąłem na ok. godzinę. Obudził mnie sms od Eliasza, który spytał gdzie jestem i czy żongluję(wcześniej miałem w planach zrobić prosty występ na ulicy).

Spotkaliśmy się i poszliśmy na frytki, może to nic szczególnego, ale wtedy pierwszy raz jadłem je z majonezem.

Następnie wybraliśmy się do sklepu po piwo. Podczas przechadzki jakaś dziewczyna zaczepiła Eliasza. Powiedział mi, że coś takiego tam się nie dzieje.

To może nic szczególnego, ale później dowiecie się, czemu o tym piszę.

Pijąc już piwo poszliśmy zobaczyć „siusiającego chłopca” – czyli malutką, lecz bardzo sławną figurkę.

Mój Ukraiński dobroczyńca opowiedział mi jej znaczenie. Otóż upamiętnia ona historię małego chłopca, który kiedyś zaginął w Brukseli i nawet policja nie mogła go znaleźć. Po kilku dniach ktoś ujrzał go siusiającego beztrosko w mieście. Dziecko było czyste i nakarmione, ktoś więc musiał się nim opiekować. Ta historia stała się symbolem dobrobytu i bezpieczeństwa, jakie daje stolica Belgii.

Poszliśmy dalej i zboczyliśmy na temat polityki. Jak szybko się okazało, poglądy mieliśmy raczej odmienne.

Zaczęło mnie to zastanawiać, jak bardzo są one uwarunkowane tym, gdzie mieszkamy i jakimi informacjami nas się karmi. „Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia” – jak to się mówi. To chyba główna(jeśli nie jedyna) przyczyna różnic.

Ciekawe: czy ja mam rację, czy on… a może obaj jej nie mamy?

Bez względu na odpowiedź nie pozwoliliśmy, żeby poglądy stały się ważniejsze od drugiej osoby i w pokojowych nastrojach rozeszliśmy się, każdy w swoją stronę.

Po drodze zagadały do mnie jakieś dwie podchmielone dziewczyny siedzące przy stoliku pod pubem. Jedna z nich przyznawała się otwarcie, że szuka fajnych chłopaków do „zabawy”.

Życzyłem jej powodzenia i poszedłem do „siebie” spać.

 

11.10.2012 

Obudziłem się nad ranem, bo Eliasz miał przyjść po klucze do mieszkania. Nie było tam nic, nawet toalety, więc musiałem skorzystać z publicznego pisuaru na ulicy, świetnego patentu, który widziałem jedynie w Belgii.

Kiedy już kończyłem się pakować, przyszedł Eliasz i wyszliśmy z budynku. On udał się do siebie, a ja do sklepu rowerowego po dętki. Tam był już inny niż dzień wcześniej sprzedawca. Dość długo z nim rozmawiałem. Powiedział mi, że kiedyś odbył podróż rowerową z dziewczyną po Bliskim Wschodzie i pokonali łącznie 10 000 kilometrów. Długo jeszcze siedziało mi to w głowie. Czymże jest moja wyprawa w porównaniu do takiej. To był pierwszy i nie ostatni raz, kiedy w tym temacie tknęła mnie zazdrość.

Po Brukseli dojechałem do Gent. Nie było mi to po drodze, ale chciałem odwiedzić znajome z festiwalu O.Z.O.R.A. na którym byłem ponad dwa miesiące wcześniej.

Bez większych problemów spotkałem się z Lisą, zabawną i pozytywną „Ozorianką” wyglądającą jak hipiska. Mieszka ona w akademiku, więc poznałem przy tym sporo jej znajomych.

Nie działo się wtedy nic wielce szczególnego. Może to zmęczenie, a może różnica wieku przyczyniły się do mojego znudzenia. Tak czy siak, na tym skończę opis ostatniego dnia trzeciego tygodnia mojej podróży.

Coolek

Tydzień pierwszy

20.09.2012

 

 

Dzień zaczął się dla mnie o 4 nad ranem. Przez trzy godziny przygotowywałem siebie i rower do wyruszenia w podróż swoich marzeń. Rowerem z Warszawy do Lizbony.

Po drodze nie wydarzyło się nic szczególnego, poza latającym nade mną F16 w okolicach Sochaczewa. Po dziesięciu godzinach jazdy postanowiłem rozejrzeć się za noclegiem.

Było to za Kutnem(ok. 110 km od Warszawy). Tam wybrałem się do kościoła Salezjan, by poprosić o rozbicie namiotu na jego terenie. Niestety odmówiono, więc pozostało mi szukanie innej opcji.

Od początku tej wyprawy moim założeniem było zagadywanie do ludzi z prośbą o udostępnienie kawałka posiadłości na noc, wobec tego za kolejny cel obrałem starszego pana, malującego akurat ogrodzenie.

Po przedstawieniu swojej sytuacji kazał mi poczekać i udał się do domu. Wrócił z prośbą o pokazanie dowodu, żeby nabrać pewności, że jestem szczery.

Bez wahania przedstawiłem swoją tożsamość i dzięki temu zostałem wpuszczony do środka. Po wybraniu miejsca na namiot zostałem zaproszony do środka na ciepły posiłek. Temperatura na zewnątrz nie była zbyt sympatyczna, więc nie dałem się długo namawiać.

Po posileniu się gorącym rosołem, z chlebem i mięsem oraz rozmowie z domownikami, udałem się do namiotu i tuż przed 19-tą poszedłem spać.

 

 

21.09.2012

 

Tego dnia ciężko było mi wstać ze względu na zimno i wilgoć. Spałem około 11 godzin, a o 7:36 wyjechałem. I tym razem droga była monotonna. Przejechałem 150 km i ok. 40 km przed Poznaniem zatrzymałem się we wsi Podsutowo.

Podobnie jak poprzedniego dnia, spytałem o możliwość rozbicia namiotu i po drugiej próbie udało mi się dostać pomoc. Starszy pan, z którym rozmawiałem, poszedł spytać żonę i córkę. Ta druga wyskoczyła do mnie z lekkimi pretensjami, przez co miałem już odjechać, ale po krótkiej rozmowie atmosfera się załagodziła i rozbiłem namiot u nich w ogrodzie.

Kiedy pod wieczór nastawiałem się już na sen, ktoś pojawił się w pobliżu namiotu. Była to Magda(córka gospodarza domu) i jej koleżanka.

Zaproponowały mi piwo, na co prawie od razu się zgodziłem. Poszliśmy przy tym na spacer i prowadziliśmy rozmowy na różne tematy.

Magda powiedziała mi między innymi, że kiedy ona poznaje kogoś, to ta osoba wkrótce trafia na miłość swojego życia i że mnie też to niebawem spotka.

Taka opcja wydała mi się bardzo ciekawa, więc szybko przyjąłem ją do wiadomości.

Później poznałem jeszcze brata mojej rozmówczyni, który okazał się otwartym i sympatycznym człowiekiem.

Spać położyłem się później, niż taki był zamiar, więc gdy znalazłem się w namiocie, usnąłem całkiem szybko.

 

 

22.09.2012

 

Tego dnia przejechałem przez Poznań i łącznie pokonałem około 100 km.

Pod koniec tej trasy spotkał mnie deszcz i grad. W porę go przewidując znalazłem schronienie w pobliskiej karczmie. Po przejaśnieniu się nieba wyruszyłem w dalszą drogę i po krótkim odcinku skręciłem w jakiś trakt, który zaprowadził mnie do bardzo starej wsi Wituchowo. Było tam dosyć mroczno, zważywszy na opuszczony folwark, którego mury najbardziej rzucały się w oczy i plastykowego Mikołaja, będącego „ozdobą” jednego z nieogrodzonych i obdrapanych budynków.

Niestety bieda rzucała się tam w oczy, więc zaskoczyło mnie, gdy poza noclegiem zostałem zaproszony na kanapki, do których mnie wręcz zmuszano. Miałem też możliwość umycia się(później doceniałem, jakim luksusem jest prysznic w takiej podróży).

Podczas posiłku zostałem raczony historią wsi. Spośród natłoku informacji wyłowiłem między innymi to, że pierwsza wzmianka o tej miejscowości pochodzi z 1251 roku, a w 1945 mieściło się tam lotnisko radzieckie.

Po rozmowie i posiłku postanowiłem pójść spać(w Polsce nie byłem nastawiony na integrację, ponieważ jak najszybciej chciałem przekroczyć granicę). Przed udaniem się do opuszczonego chlewu, który uznałem za lepszy od mokrego namiotu, usłyszałem jeszcze, że nie uda mi się dojechać na rowerze do Lizbony. Obiecałem, że kiedy już wrócę, to zadzwonię i powiem, że mi się to udało.

Kiedy już położyłem się spać, myszy zaczęły dobierać się do moich toreb. Z początku nie wiedząc co to za hałas, świeciłem co jakiś czas latarką. Ale kiedy już zidentyfikowałem sprawczynię, postanowiłem ją uciszyć. Za najlepszą metodę uznałem rzucenie jej kawałka sera i wędliny na drugi koniec pomieszczenia. Poskutkowało.

Tej nocy śniło mi się coś, co kilka miesięcy później okazało się prorocze. Ale jeszcze do tego wrócę.

 

 

23.09.2012

 

Wyruszyłem o 8:45 i pojechałem na Kostrzyn. Nie posłuchałem przy tym rad mężczyzny z Wituchowa, który polecał mi wybrać się na Świebodzin. Trasa była spokojna, ale pomimo Słońca było chłodno przez wiatr.

W Skwierzynie rozmawiałem z jakąś kobietą, która podziwiała moje przedsięwzięcie i życzyła powodzenia. Słowa wsparcia warto zapamiętywać zarówno w życiu codziennym, jak i takiej podróży, żeby móc przypomnieć sobie o nich w chwilach słabości.

Dalsza droga na Kostrzyn była wąska i ciągnęła się kilometrami przez las, w tamtych okolicach widziałem też dwóch motocklistów rodem z jakiegoś gangu.

Dojechałem do Słońska i tam się zatrzymałem. Następnego dnia chciałem wyruszyć tuż spod granicy, żeby w Niemczech mieć łatwiejszy start i więcej czasu na znalezienie przyjaznych ludzi. Po kilku nieudanych próbach otrzymania pozwolenia na rozbicie namiotu, jacyś państwo zaprowadzili mnie do siebie i wpuścili do budyneczku, które służy im do suszenia prania i letnich imprez. Miałem dzięki temu kanapę do spania, a później poczęstunek w postaci chleba i kiełbasy oraz termosu pysznej herbaty.

Dla mnie była ostatnia noc w Polsce tamtego roku i na szczęście bardzo komfortowa.

 

 

24.09.2012

 

 

W podróż ruszyłem dopiero o 9:20. Wiedziałem, że nie muszę się spieszyć, bo do Berlina nie mam daleko, a tam chciałem zatrzymać się na noc.

Przekroczenie granicy było czymś bardzo ekscytującym. Czułem się, jakby teraz dopiero zaczynała się moja przygoda. Uczucie bliskie temu, gdy przechodzi się pierwszy etap gry, po którym czekają coraz to ciekawsze i trudniejsze.

Po pierwszych kilometrach w Niemczech dostrzegłem różnice między naszymi krajami, jak na przykład dużo większa ilość wiatraków energetycznych, super traktorów(takim mógłbym jeździć nawet do kościoła, gdybym miał traktor i chodził/jeździł do kościoła) oraz nowych gatunków martwych zwierząt.

To właśnie jest kolejny „urok” podróży rowerowych – futrzaste trupy na ulicach, które siłą rzeczy ogląda się z bardzo bliska.

Wtedy pierwszy raz w życiu widziałem borsuka „na wolności”, niestety martwego.

Kolejną różnicą między Polską a Niemcami to duża ilość ścieżek rowerowych(czasem aż zbyt duża, ale o tym później). Jechało mi się wybornie, wśród drzew po górkach i dołkach, przy pięknej pogodzie. Aż uśmiechałem się sam do siebie i do lasu.

Po jakimś czasie trafiłem do Berlina, w którym początkowo ciężko było mi się odnaleźć. Ale dzięki drobnej znajomości miasta jeszcze z wizyty sprzed kilku lat, znalazłem informację turystyczną, dzięki której trafiłem do hostelu w którym postanowiłem spędzić noc.

Na swoją wyprawę celowo nie zabrałem zbyt wielu pieniędzy, bo miało to być doświadczenie, z którego wyniosę jak najwięcej, ale lepszej opcji nie widziałem w tak wielkim mieście, jak po prostu zapłacić za nocleg.

Po zostawieniu tobołów w pokoju zrobiłem sobie przejażdżkę po centrum Berlina, które uważam za świetne miasto. Sporo w nim żonglerów, którzy zarabiają pieniądze na ulicach. Dużo rowerzystów i wielorakich rodzajów ludzi.

Niska zabudowa w tak wielkim mieście jest dla mnie czymś bardzo pozytywnym.

Do tego skupienie się na estetyce, czego u nas brakuje, a co za tym idzie – mała ilość billboardów i duża sztuki ulicznej na wysokim, profesjonalnym poziomie.

Polecam odwiedzenie Berlina i zatrzymanie się tam na dłużej niż jedną noc.

Po powrocie do hostelu pogadałem z recepcjonistą, a w pokoju z pozostałymi gośćmi, czyli dwiema Hiszpankami i dwoma Holendrami, którym nie omieszkałem przyznać się, jaki jest cel mojej podróży. Mój angielski był na bardzo kiepskim poziomie, przez co nie byłem w stanie przekazać im zbyt wiele, kiedy oni wyrazili swoje uznanie dla mojej wyprawy.

Noc niestety nie była już taka lekka jak pozostałe, przez chrapanie i wiercenie się ludzi dzielących ze mną pokój.

 

 

25.09.2013

 

 

Tuż przed wyjechaniem z Berlina usiadłem w okolicach Bramy Branderburskiej, żeby uzupełnić notatki.

Nagle, na placu, zobaczyłem malucha. Szybko więc podjechałem do pary, która robiła mu zdjęcia i zagadałem do nich. Okazało się, że Polka i Irlandczyk zrobili sobie wyprawę maluchem z Polski do Irlandii, a swoją wycieczkę nazwali „Maluch Euro Trip”. Zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcia i wymieniliśmy kontaktami, a następnie udaliśmy się w swoje strony.

Wyjechałem z miasta i udałem się dalej na zachód. Zrobiłem sobie przerwę w mieście Falkensee i wtedy przypomniałem sobie, żeby zapisać śmieszną obserwację jeszcze sprzed ubiegłego roku.

Kiedy jedziecie długo po ulicy i wpatrujecie się niemalże bez przerwy w asfalt przed sobą, spójrzcie w niebo. Chmury zdają się ciągle oddalać, a reszta krajobrazu zostaje nieruchoma.

Obserwacja może zabawna, ale dająca rozrywkę na monotonną podróż.

 

 

Tak naprawdę na nudę nie narzekałem, bo mijałem bardzo malownicze miejscowości. Zadbane budynki i ogrody, estetyczne oraz stare. Ten styl kojarzył mi się z baśniami, co poprawiło mi mój i tak dobry już nastrój.

W Nauen pytałem o drogę do Rathenow, dzięki czemu miałem okazję przekonać się, iż Niemcy to miły i przyjazny naród. Szczerze mówiąc, spodziewałem się czegoś zupełnie innego. Pewna pracowniczka ratusza, zaprowadziła mnie do drogi, prowadzącej do mojego celu. Poza tym, dostałem również darmową mapę, która znacznie bardziej pomogła mi od tej, którą zabrałem ze sobą w podróż(moim „GPS-em” była mapa Europy z Biedronki i kompas).

Dalej jechałem po ścieżce z pięknymi, wiejskimi widokami.

Mijający mnie ludzie byli pogodni i uśmiechnięci, a pogoda była taka ładna, że mogłem pozwolić sobie na jazdę w krótkich spodenkach i T-shircie.

Byłem bardzo zrelaksowany, przez co nie zajechałem zbyt daleko i w miejscowości Paulinenaue zagadałem do jakiegoś ogrodnika z prośbą o pomoc.

Nie było lekko się z nim dogadać, bo nie mówił po angielsku, a mój niemiecki ograniczał się jedynie do słów „guten tag” i „danke”. Z lekką pomocą przychodziły nam rozmówki języczne, dzięki którym mężczyzna zaprowadził mnie do jakiejś szkoły, w której zapoznał mnie z jej dyrektorem. Z nim już dało radę porozmawiać po angielsku(chociaż i mój i jego poziom tego języka był na poziomie „dukającym”).

Otrzymałem możliwość rozbicia namiotu na terenie uczelni, a następnie zostałem zaproszony na kolację, na którą dostałem pyszną lazanię i deser.

Po posiłku dowiedziałem się, że do tej szkoły przyjeżdżają również grupy studentów z Polski i najbliższa zjawi się w następną niedzielę.

Przed pójściem spać zapisałem swoje dodatkowe przemyślenia odnośnie Niemiec.

Zaobserwowałem, że jest tam mniej śmieci, więcej dzikich zwierząt(również tych żywych) i ciężej o rozbite na ścieżkach rowerowych szkło. Niemcy zdają się bardziej szanować przyrodę i estetykę.

Uważam, że czystość, architektura, sztuka i ogólny widok otoczenia ma duży wpływ na nastrój społeczeństwa i tam miałem tego przykład.

Noc była niezbyt udana, bo padał deszcz, a około 20:35 obudziła mnie sowa, co było dość mroczne, zważywszy na otoczenie lasów, poziom hałasu jaki ten ptak wydawał oraz moje pierwsze tego typu doświadczenie.

Lecz po jakimś czasie postanowiłem to zlekceważyć i usnąłem ponownie.

26.09.2013

 

Dzień zacząłem przed 8. Poszedłem na śniadanie, na które również zostałem zaproszony, a po nim spakowałem się i wyjechałem w stronę Rathenow. Jadąc ścieżkami dotarłem do Pessin, a później do Senske, w którym zawróciłem się, bo źle odczytałem znaki. Na szczęście kogoś jednak spotkałem i dzięki temu wróciłem na dobrą trasę. Pomimo wszystko straciłem przy tym sporo czasu i energii.

W Rathenow zajechałem do ratusza, gdzie tylko jedna osoba mówiła po angielsku, dzięki której dowiedziałem się, jak znaleźć informację turystyczną. Tam otrzymałem pomoc od sympatycznej urzędniczki, która poza mapami napisała mi, za moją prośbą, kilka zwrotów po niemiecku.

Po wyjechaniu z miasta zatrzymał mnie zakaz jazdy dla rowerów(o to w Niemczech nie trudno).

Po chodzeniu, błądzeniu i kombinowaniu natrafiłem na dziwne, czarne zwierzę, które z daleka przypominało kota. Po dokładniejszym przyjrzeniu się zobaczyłem, że stwór stoi na środku drogi tajemniczo nieruchomo i chyba na mnie patrzy. Nie wyglądało to na zachowanie normalnego kota, a wokół nie było żadnych domów, więc postanowiłem pójść inną trasą.

Kiedy już przebrnąłem przez pobocza dróg ekspresowych wsiadłem spokojnie na rower i dotarłem do Fischbeck. Tam chciałem się zatrzymać i po spytaniu dwóch starszych panów, z których jeden nieco znał angielski, zostałem pokierowany do Jerichow, gdzie jest „tani” pensjonat dla rowerzystów(później dowiedziałem się, że koszt za noc to 25 euro). Niestety tamci panowie nie byli zbytnio uprzejmi(może starsze pokolenia Niemców mają inne podejście do Polaków?), a jeden z nich próbował dogadać się ze mną po rosyjsku(ach, te stereotypy).

Postanowiłem pojechać gdzie indziej, ale zatrzymała mnie rzeka, wobec tego wybrałem się jednak do Jerichow, gdzie spotkanie kogoś, kto mówi po angielsku graniczyło z cudem.

Pomimo wszystko jakaś pani zaprowadziła mnie do budynku kościoła ewangelickiego, gdzie drzwi otworzyła nam kobieta o ładnym uśmiechu. Dzięki tej znajomości dostałem dostęp do kuchni i łazienki w budynku dla pielgrzymów, a w ogrodzie miejsce na namiot.

 

27.09.2013

Spałem długo i wyjechałem dopiero o godzinie 11-tej. Wszystko przez deszcz, który znowu padał całą noc i część poranka. Kiedy już spakowany wyruszyłem dalej, zatrzymałem się pod kościołem, żeby zrobić kilka zdjęć. Wtedy miałem jedno z dziwniejszych deja vu w swoim życiu. Chociaż nie jestem pewien, czy nazwać to tym terminem. Po prostu uświadomiłem sobie, że kiedyś śniło mi się to miejsce(po powrocie do Polski przejrzałem swoje dzienniki snów i znalazłem opis owego snu).

To przypomnienie wywołało we mnie tak silne uczucie, że musiałem je zapisać.

Po zrobieniu tego pojechałem dalej, przez Tangermunde i skierowałem się na Stendal, z którego po wielu trudach dotarłem do Gardelegen. Po drodze doskwierał mi ból kolan i duży wiatr.

Niestety coraz rzadziej trafiałem na ludzi, mówiących po angielsku, w związku z czym zacząłem obawiać się o nocleg. Jednak po wielu trudach trafiłem do miejscowości Wermitz, gdzie poznałem rodzinę lekarza i pielęgniarki. Po spytaniu swojego syna o zgodę, pozwolili mi spać w jego przyczepie kempingowej, a później zaprosili na kolację. Wreszcie miałem okazję poznać Niemiecką rodzinę od środka, jak żyją i jedzą. Popijając piwo rozgadaliśmy się na dobre. Dostałem również ich adres, żebym mógł wysłać im kartkę z Portugalii, co niestety mi się nie udało.